Złote Wierchy czerwonym szlakiem (MSB) z Mszany Dolnej

sobota, stycznia 17, 2026

Złote Wierchy czerwonym szlakiem (MSB) z Mszany Dolnej

Cześć! 
Na ogół staram się nie układać w głowie żadnych noworocznych postanowień ani planów. Dlaczego? Odpowiedź chyba jest oczywista: po pierwsze nie trzeba czekać do wymiany kalendarza, by zacząć wcielać w życie cele o których pragniemy i o których gdzieś tam skrycie marzymy. Po drugie zaś to jak dobrze wiemy... dwa, góra trzy tygodnie i po tym noworocznym entuzjazmie nie zostaje żaden ślad. Ale, ale! Żeby nie było, że całkowicie odbiegam od tego non stop wałkowanego schematu, to jedno postanowienie zakręciło się wokół moich myśli. Spoglądając na nazwę tego bloga pewnie się domyślacie jego treści. Mimo wszystko zdradzę je pod koniec wpisu...





Noworoczna energia zaprowadziła mnie do skrytej pod niewielką warstewką śniegu Mszany Dolnej. Każdy miłośnik wyspowych wędrówek zna to miasteczko doskonale. Wpatrując się w mapy turystyczne i tamte okolice chyba od razu rzuca się w oczy kolorowa, i całkiem bogata, wiązanka szlaków. Szlakiem czarnym, zielonym i czerwonym wdrapiemy się na Lubogoszcz, szlakiem żółtym na Grunwald, a potem Czarny Dział i Ćwilin, szlakiem zielonym możemy zawędrować na sielankowe polany pod Ogorzałą i Ostrą, szlakiem czarnym, jednym z najbardziej stromych w całym paśmie, zdobędziemy Szczebel, szlakiem imienia Elfrydy Trybowskiej i Juliana Tolińskiego wejdziemy na wierzchołki Adamczykowej i Potaczkowej i w końcu szlakiem czerwonym, fragmentem długodystansowego Małego Szlaku Beskidzkiego, dojdziemy na Złote Wierchy, a potem na metę na Luboniu Wielkim. Ach, aż pozazdrościłem teraz wszystkim mszanianom tylu opcji na wyciągnięcie ręki... 

Tytuł jasno sugeruje, że tym razem skupię się na ostatniej z wymienionych tras. Krótkie, przyjemne, zimowe wejście na Złote Wierchy w bardzo miły sposób zapoczątkowało mój sezon 2026 w Beskidzie Wyspowym. Zapraszam na kolejną wirtualną wędrówkę!


Podejście na Złote Wierchy zaczynam w zachodniej części Mszany Dolnej, na jednej z odnóg ulicy Zarabie. Po otrzymaniu zgody właściciela pozostawiam auto na prywatnej posesji nieopodal kapliczki św. Ambrożego oraz takiego okazałego drogowskazu.

Niezmotoryzowanym polecam dojazd autobusem do centrum Mszany Dolnej, a następnie podążanie za oznaczeniami czerwonego szlaku w kierunku Lubonia Wielkiego. Opcja ta wydłuży wędrówkę o nieco ponad 2 kilometry i pół godziny w jedną stronę.

 

Na przeciwko beskidzkiego drogowskazu wznosi się kapliczka poświęcona świętemu Ambrożemu, patronowi pszczelarzy. Postawiono ją pod koniec ubiegłego stulecia z inicjatywy mszańskich miłośników tych najpożyteczniejszych owadów. 

Tym razem w osiągnięciu celu pomogą biało-czerwone oznaczenia Małego Szlaku Beskidzkiego. 137-kilometrowa trasa łącząca Beskidy: Mały, Makowski oraz Wyspowy, na tym odcinku biegnie z Mszany Dolnej ku wierzchołkowi Lubonia Wielkiego, przy okazji zahaczając o Złote Wierchy i zbocza Okrągłej.

Pierwsze kilkaset metrów drogi wije się pomiędzy ostatnimi zabudowaniami Mszany. Zaraz za drogowskazem i kapliczką skręcam w prawo.

Podejście na Złote Wierchy nie jest ani wymagające, ani skomplikowane, ale to nie znaczy, że nie uświadczymy żadnych konkretniejszych nachyleń. Zimą takie miejsca mogą być wyjątkowo zdradliwe, o bolesną wywrotkę nietrudno!

Fragment Małego Szlaku Beskidzkiego leniwie wyprowadza w kierunku kolejnej beskidzkiej wyspy. Ścieżkę niemal w całości pokrywa cienka warstwa śniegu oraz, co gorsze, spore tafle lodu. Ostrożnie stawiam każdy krok, bo mimo mojego zamiłowania do wędrówek, to jednak wolę do domu wrócić w jednym kawałku! Za plecami stopniowo wyrastają sylwetki innych gór Beskidu Wyspowego. O nich więcej za moment...

Szlak wije się między terenami otwartymi a iglastym, jakże wyrazistym zimą lasem. Fragment MSB pomiędzy Mszaną Dolną a Złotymi Wierchami jest dobrze oznaczony, można zatem ruszać w teren bez obaw.

Z minuty na minutę wzmaga się coraz mocniejszy, prawdziwie zimowy wiatr, a ja się tylko modlę, bym nie skończył z jakimś paskudnym przeziębieniem kilka dni później.
Nieopodal szczytu ostatecznie opuszczam leśne przestrzenie i na rozległej polanie zaczynam podziwiać widoki w kierunku wschodnim i południowym. Szczególnie wybijają się kopuły Ćwilina, drugiej najwyższej góry w Beskidzie Wyspowym, z Małym Ćwilinkiem (po lewej) oraz tonący w ciemnej zieleni masyw Ostrej i Ogorzałej (z prawej).

Ostatnie kilka susów pod górę i staję na wierzchołku Złotych Wierchów. Wysokość wyspy nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, zwłaszcza gdy w sąsiedztwie wznoszą się około 1000-metrowe Luboń Wielki, Szczebel, czy Lubogoszcz, ale małe też potrafi być piękne ;)

Panorama ze Złotych Wierchów, nawet ta w zimowej szacie, w stu procentach spełnia moje noworoczne pragnienia. Bogaty horyzont kreśli kolejne miłe doznania i wspomnienia na dłuższy czas. Matka Natura umie zaczarować jak nikt inny...

Przez dobrych kilkanaście minut wpatruję się w bielusieńką szatę Mogielicy, królowej Beskidu Wyspowego...

...w garby Śnieżnicy pod którymi skrywają się uliczki i zabudowania Mszany Dolnej...

...w grzbiet Jasienia, Kutrzycy i Krzysztonowa z widoczną po prawej polaną Łąki, moim zdaniem najbardziej widokową w Beskidzie Wyspowym...

...w pobliską Potaczkową, zwieńczoną krzyżem milenijnym z 2000 roku...

...oraz w tonące w śniegu oraz promieniach słońca wierzchołki Gorców. Trochę bujam w obłokach, trochę myślę o niebieskich migdałach, ale wichura szybko psuje tę cudną chwilę. Po jakichś 10 minutach wnikliwszych obserwacji opuszczam najwyższy punkt Złotych Wierchów i tą samą trasą wracam do samochodu.


A jakie jest to moje postanowienie na nowy, 2026 rok? Chyba nie zaskoczę Was jak napiszę, że pragnę jeszcze większej ilości przygód na szlakach Beskidu Wyspowego! Mam wielką nadzieję, że najbliższy sezon przyniesie multum okazji do powrotów w tamte najcudowniejsze strony...




Do napisania! ;)


Jasieńczyk, Klończyk i Spleźnia z przełęczy Cisowy Dział

piątek, grudnia 26, 2025

Jasieńczyk, Klończyk i Spleźnia z przełęczy Cisowy Dział

Cześć!
Prędzej, czy później sami się przekonacie, że jesienno-zimowa pora nie jest moją bajką. Pod żadnym względem. Króciutkie dni, znikoma ilość słonecznego, naturalnego światła, a przede wszystkim wszędobylska szarzyzna odbierają mi chęci do działań z których wiosną, czy latem czerpię pełnymi garściami. Tak samo sprawa wygląda z moimi beskidzkimi wędrówkami. Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, ale gdybym był cudotwórcą i miał odpowiednie ku temu moce, to bezpowrotnie usunąłbym z kalendarza okres od listopada do mniej więcej połowy marca. No ale że takowych nie mam, to muszę się nieco bardziej pogimnastykować, by i z obecnej aury wyłuskać coś przyjemnego.




I tak było właśnie z jedną z grudniowych wędrówek po Beskidzie Wyspowym. Słupki termometrów poszybowały delikatnie w górę, nieboskłon uprzątnął grube sterty siwych chmur i tak w pewnym momencie pogoda wróciła na nieco przyjemniejszy tor. Okoliczności sprzyjały, więc szybko rzuciłem okiem na mapę chcąc znaleźć jakiś sensowny cel kolejnego beskidzkiego wyjazdu. I bingo! Po niedługiej chwili zawiesiłem wzrok nad zarysami Jasieńczyka, Klończyka oraz Spleźni. Skryte pod znaną i obecnie cenną krajobrazowo Modynią wysepki mogą wydawać się niepozornym i niezasługującym na większą uwagę celem, ale mam nadzieję, że tym wpisem ów tezę obalę raz na zawsze!

Zapraszam na kolejną wirtualną wyprawę ;)


Zdobywanie Jasieńczyka, Klończyka i Spleźni zaczynamy na niezwykle malowniczej przełęczy Cisowy Dział. Na miejsce startu docieramy z bratem kilka minut po dwunastej. Słońce nisko szybuje po bladym nieboskłonie idealnie oświetlając okoliczne góry, wyspy i pagórki. Najwyższy punkt okolicy wieńczy 13-metrowy metalowy krzyż oraz kamienne rzeźby znaczące stacje drogi krzyżowej.

 Na przełęcz najlepiej dostać się samochodem. Warto jednak pamiętać, że zimową porą wyjazd wąską, asfaltową dróżką może być znacznie utrudniony. Niezmotoryzowani mogą posiłkować się busami z Limanowej do Łukowicy, które zatrzymują się m.in. na przystanku pod kościołem w Młyńczyskach. Stamtąd, niebieskim szlakiem, dojście na Cisowy Dział zajmuje około 40 minut.

Współrzędne postoju: 49.617180, 20.399217

Bezleśna przełęcz nie grzeszy skromnością. Mając pogodę po swojej stronie mocy podziwiamy pobliskie wyspy, takie jak Okowaniec, Łyżka, Cichoń, Ostra...

...a prawdziwą wisienką na torcie jest ogromna kopuła pobliskiej Modyni, która niezawodnie kreśli zachodni horyzont. Z Cisowego Działu na wierzchołek ów góry prowadzi niebieski szlak. Kamienista, momentami dość stromo nachylona ścieżka wyprowadza na 1029. metr nad poziomem morza (zwieńczony niedawno otwartą wieżą widokową!) w mniej więcej godzinę.


Na Modyń można się wdrapać także czarnym szlakiem od strony Zalesia-Wierzyki. Przy dobrej widoczności widoki z tamtejszej wieży widokowej są po prostu nieziemskie! Zainteresowanym zostawiam LINK do mojej relacji z wejścia właśnie takim wariantem. 



Delikatna mgiełka wciskająca się pomiędzy sądeckie i gorczańskie pagórki zapowiada dobre popołudnie!

Z Cisowego Działu ruszamy na wschód. Przez pierwsze kilkaset metrów prowadzi nas wygodna, asfaltowa droga.

Zaraz przed wejściem do lasu porastającego zbocza Jasieńczyka, a potem Klończyka i Spleźni oczom ukazuje się doskonała panorama na pobliskie Gorce i nieco bardziej odległe Tatry. Przejrzyste powietrze jest chyba największym sprzymierzeńcem beskidzkiego wędrowca!

Obok ostatniego gospodarstwa odbijamy na polną ścieżynkę i konsekwentnie podążamy w kierunku późnojesiennego lasu.

Tegoroczny grudzień na razie nie planuje stroić się w prawdziwie zimowe, pełne bieli i mrozu szaty. Zamiast tego, z mam nadzieję pełnym zaufaniem, wybiera brązy, błękity i jasne promyki słońca. I ja to jak najbardziej szanuję! 

Kilkaset metrów dalej docieramy pod duże, łatwo zauważalne skrzyżowanie leśnych dróżek. Tam skręcamy w lewo i przez dłuższą chwilę kroczymy ścieżką w kierunku najwyższego punktu.

Takim sposobem zdobywamy pierwszy, a zarazem najwyżej położony wierzchołek w tym niewielkim pasemku. Mimo widocznej liczby na biało-żółto-zielonej tabliczce, najpewniejsza wysokość Jasieńczyka to 836 m n.p.m.

Po zdobyciu Jasieńczyka szybko wracamy na główną ścieżkę i kontynuujemy przemarsz w kierunku Klończyka oraz Spleźni.

Grzbiet pasma będącego wschodnią gałęzią masywu Modyni jest taką typową, jak to nazywam czasami, beskidzką sinusoidą. Raz dróżka prowadzi pod górkę, a raz... z górki. Żadne stromizny nam tutaj nie grożą, więc z trasą poradzi sobie nawet największy górski żółtodziób ;)

Po kilkunastu minutach żwawego marszu las na moment ustępuje miejsca większej polance. To znak, że...

...dotarliśmy na najwyższy punkt Klończyka. Cień rzucany przez bardziej zalesiony południowy stok zachował tam nieco grudniowego charakteru. Szron chrzęścił pod stopami jak oszalały, a niewielkie kałuże pokryła symboliczna warstewka lodu. 

Kilkadziesiąt kroków dalej ów cień pozostał już tylko wspomnieniem, a polem widzenia znów zawładnęły promienie słońca i piękne widoki na Beskid Sądecki. Z Klończyka schodzimy w kierunku ostatniej z wysp, Spleźni.

W pewnym momencie dostrzegamy dość nietypową, nadrzewną kapliczkę. Jak się później okazało,  oddano ją na cześć Matki Boskiej z La Salette, która 19 września 1846 roku objawiła się dwóm nastolatkom: Maksyminowi Giraud oraz Melanii Calvat. Beskid Wyspowy i jego szlaki stoją takimi drobnymi miejscami kultu, pokazują one wielką pobożność lokalnych społeczności.

Wierzchołki Klończyka oraz Spleźni różni około 70 metrów... na korzyść pierwszej z wysp. Nietrudno się więc domyślić, że ostatni odcinek wędrówki to łagodne, ale konsekwentne schodzenie w dół. Mijamy kolejne urocze okienka krajobrazowe, a w pewnym momencie docieramy pod niewielką turystyczną wiatkę. Robimy tam krótką przerwę i przy okazji odkrywamy, że dalszy fragment ścieżki w kierunku Spleźni wyłożony jest asfaltem. Uderza nas lekkie rozczarowanie z tego powodu, ale uznajemy ostatecznie, że nie ma co narzekać... w końcu okoliczności przyrody rekompensują wszelakie niedoskonałości.

Przy jednym z zakrętów w lewo odbija leśna ścieżka. To ona zaprowadzi nas na najwyższy punkt Spleźni.

Wchodzimy zatem do lasu i jeszcze przez kilka minut maszerujemy nieznacznie nachyloną dróżką.

Beskidzki trakt w końcu doprowadza nas do ostatniego celów tejże wędrówki. Górująca nad wsią Jastrzębie Spleźnia niemal całkowicie tonie w leśnej gęstwinie, zatem na kolejną dawkę sielskich krajobrazów nie ma co liczyć.

Zegarki wskazują dwadzieścia minut po czternastej, więc po krótkiej sesji zdjęciowej przy tabliczce na ostatniej z wysp szybko ruszamy w drogę powrotną, by wrócić na Cisowy Dział przed zachodem słońca. Złota godzina zapowiadała się świetnie, ale i tak nie spodziewałem się tak zapierających dech w piersiach obrazów. Każde spojrzenie w kierunku zaśnieżonych wierzchołków Tatr wywołuje we mnie gęsią skórkę. W takich momentach wszystko inne przestaje być ważne, a carpe diem świeci najjaśniejszym blaskiem...



Beskid Wyspowy potrafi zachwycić wszędzie i o każdej porze. Jak się trafi na ten odpowiedni moment, to nawet pozornie niepozorna wędrówka może pozostać w pamięci i wspomnieniach przez długie lata.




Trzymajcie się i do napisania! :)
Copyright © WYSPY BESKIDZKIEGO PRZYLĄDKA , Blogger